Ewelina siedziała w bistro wielkiego domu handlowego w centrum Warszawy.
Popijała kawę z cynamonem i obojętnie zajadała szarlotkę. Święta przyprawiały ją o mdłości. Lubiła choinkę, zapach świeżo upieczonych pierników, lampki na wystawach sklepowych. Nie cierpiała jednak kupowania prezentów, nie miała do tego głowy. Dziwiła się swoim koleżankom z firmy, które w wir świątecznych zakupów wpadały już w październiku, a świąteczne prezenty miały gruntownie zaplanowane już na kilka miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Ona tak nie potrafiła. Wszystko w swoim życiu robiła na ostatnią chwilę i tak było z prezentami. Co roku obiecywała sobie, że wcześniej się za nie weźmie, zrobi konkretny rekonesans wśród najbliższych, a upominki kupi z rozmysłem, tak by każdemu zrobić przyjemność. Co roku obietnice spełzały na niczym. Mrzonki, nic więcej, pomyślała. Dziś jest już dzień poprzedzający Wigilię Bożego Narodzenia, a ja mam raptem prezent w postaci krawata dla ojca. Brak mi finezji i polotu, jestem totalnie przewidywalna i nudna jak flaki z olejem.
Copyright @ 2010 Kawa i herbata